Co Ty Na To?

czas na działanie

Wstęp, czyli jako się stało, to co się stało…

 

    Po sezonie triathlonowym, z trójdyscyplinarnego pędu zaczęło się przestawianie organizmu pod trening stricte maratoński. Wrześniowy maraton w Berlinie miał być przygotowany do takiego tempa, żeby na długo zaspokoić ambicje wynikowe, tym bardziej, że od jesieni cały trening ukierunkowany będzie pod przyszłoroczny start na pełnym dystansie IM. No ale plany planami, a życie życiem i wyszło inaczej…

    Pisałem już o nieszczęsnym starcie w Rawie Mazowieckiej i o poważnych stłuczeniach i uszkodzeniu ręki po upadku na rowerze. Wspominam to, gdyż konsekwencje wywołały reakcję łańcuchową, z której nie mogę się wykaraskać do tej pory. Głębokie stłuczenie dłoni spowodowało wzrost kineazy kreatynowej co spowodowało spadek wydajności. Ponieważ jeszcze nie domyśliłem się tej przyczyny i nie zrobiłem badania krwi (później zbadałem), spadek uznałem, za własną słabość i


nadmiernie siłowałem się z organizmem tak podczas startu w Rawie jak i podczas treningów. Nie byłem zadowolony z rezultatów treningowych a organizm był coraz bardziej wyczerpany wyżyłowanymi jednostkami. Wszystko we mnie wołało o ograniczenie intensywności, ale uznałem, że trzeba to pokonać. To jest jedna z umiejętności, której jeszcze będę się uczyć - rozpoznanie kiedy organizm udaje jakieś słabości, żeby unikać wysiłku, a kiedy daje prawdziwe sygnały, które należy potraktować poważnie i dać mu trochę luzu. W tym przypadku sygnały były prawdziwe i po kilku zignorowanych alertach, coraz częstszych dolegliwościach i oczekiwaniu, że narastający ból w mięśniu piszczelowym się rozbiega doprowadziłem się do stanu uniemożliwiającego bieganie. Ostatnim podrygiem był start w dyszce Jaworskiego gdzie zajechałem nogę do reszty. No i dramat. Za kilka tygodni super start w Berlinie a ja nie mogę nawet zwyczajnie chodzić nie kulejąc. Masaże, badania, ortopedia i najprawdopodobniejsza diagnoza - zapalenie przyczepu mięśnia piszczelowego. Ból wwiercił się dogłębnie i zadomowił na dobre. W dodatku przez nieprawidłową postawę podczas chodzenia z kulawą nogą pojawiło się drugie intensywne źródło bólu w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Wrak człowieka… Odechciało mi się wszystkiego, tym bardziej, że niewiele mogłem, nawet pływanie sprawiało ból. Czas ucieka a maraton się zbliża…


 

 

 



Z duszą na ramieniu, ale mimo wszystko pobiegnę.

 

    Nastawiam się, że jednak wystartuję. Jakoś wolno, jakkolwiek, ale pobiegnę bo to maraton gdzie ciężko zostać wylosowanym, wszystko opłacone, ekipa jedzie. Muszę pobiec. Na pięć dni przed maratonem spróbowałem 3 km. Forma po pięciuciu tygodniach bezruchu już mocno podupadła a noga lekko pobolewała, ale znośnie. Jakoś to będzie…    W przeddzień startu, chodząc po Berlinie biłem się z myślami - biec, nie biec, biec a może nie biec. Kręgosłup doskwierał niemiłosiernie, zginałem się z bólu i kucałem na środku ulicy, żeby ulżyć plecom. Noga z kolei całkiem nieźle, ale lekkie echa bólu wciąż odczuwalne. Wieczorem wracając do hotelu pomyślałem, że to absurd biec w takim stanie, ale już w pokoju pomyślałem, że jeżeli o 9-tej rano będę w tym pokoju a nie na linii startu to będę się czuł bardzo źle, znacznie podlej niż walcząc z bólem na trasie. Koniec rozważań. Przygotowuję buty, koszulkę, tabletki dekstro, żele i kładę się spać gotowy polec na polu bitwy.

 

Dzień startu. Berlin Kalwaria 42,2+1,2

 

    Spałem dobrze. Lekkie śniadanko, orzeźwiający prysznic. Wszystko powoli i w spokoju. Pogodzony z tym, cokolwiek mnie czeka dzisiaj na tej trasie. Skupiony ale w pełni spokojny. Na czas z tą nogą i utratą formy nie liczę. Raczej na pewno będę mierzył się z narastającym bólem, ale może uda się dobiec jakoś do 25-tego, może do 30-tego. Jakbym dobiegł do 30-tego to już będzie super, resztę najwyżej dojdę a jak nie to mnie służby zgarną i tyle.

  

 Samo miasteczko biegowe imponujące, ogromne, tysiące, tysiące biegaczy wszelkiej rasy, narodowości i mieszających się języków z całego świata. 30 minut kolejka do Toitoia! Trochę słabo. Lekki stres czy zdążymy, ale bardziej obawiałem się o Marcina i Artura. Ja i tak nie powalczę o czas, więc równie dobrze mogę zahaczyć kibelek na trasie. Rozdzieliliśmy się. Marcin bardziej do przodu a ja z Arturem w spokojniejszą strefę. Trochę się zamieszaliśmy przy strefach i wylądowaliśmy w sekcji 3.15. Przed startem tabletka przeciwbólowa i spray mrożący na bolący mięsień (nic nie pomógł niestety przy głębokim bólu). Odprężenie. Ruszyło, masa setek par nóg wokół nas wymusiła trochę wyższe tempo niż zakładałem, ale biegło się w miarę choć brak formy był odczuwalny poczuciu lekkości biegu, ale przez chwilę pojawiła się nadzieja, że noga wytrzyma i może walka będzie na poziomie wydolnościowym a nie zmaganiem z kontuzją. Niestety. Przy piątym ból w nodze już wyraźnie zaznaczył swoją obecność, ale jeszcze na poziomie akceptowalnym. Trzeba zwolnić i dostosować tempo do bólu. Na szczęście kręgosłup dzisiaj bez zarzutu. Tylko ta noga. Życzymy sobie powodzenia z Arturem i rozdzielamy się. Zwalniam.    Dopasowuję tempo do jakiś teoretycznie rozsądkowych przemyśleń i biegnę na tyle swobodnie, że mam czas przyglądać się obrazom mijanych ulic, ludziom, innym biegaczom. Miasto architektonicznie dosyć swojskie, nie odbiegające mocno od polskich klimatów. W centrum kilka ładniejszych ulic i zabytków, reszta taka normalna. Miasto miejscami ładne, miejscami brzydkie, ogólnie trochę podniszczone, ale na pewno bardzo pozytywne, bo kibice rozstawieni byli przez całą trasę i dopingowali radośnie na każdym kilometrze od początku do końca. Temperatura idealna, deszcz padał, ale nie był uciążliwy oprócz kilku większych kałuż.

    15 kilometr i wiem, że jest źle. Ból narósł już do takiego stopnia, że zaczynam biec nierówno, trochę kuleję, trochę kombinuję biegnąc bardziej na pięcie, aż w końcu najbardziej optymalna pozycja, w której jestem w stanie wytrzymać ból to bieg na zewnętrznej krawędzi stopy. Mijam półmetek i w głowie wzrasta motywacja. Dałem rade już tyle. Zostało mniej niż więcej. Popijam żel i biegnę dalej. Jeszcze chociaż wytrzymać do 30-tego. Dalej to już nawet marszem jakoś ukończę…

  
 Na ból w piszczelu powoli nakłada się nowy. Bieganie na kulawej nodze i krawędzi wykrzywionej stopy spowodowało już jakieś uszkodzenia w układzie kostnym podeszwy. Ból jest taki, jakby doszło do jakiegoś pęknięcia. Jeszcze nie byłem w stanie takiego poziomu uszkodzeń podczas zawodów. Chce się skończyć, zejść, dojść spokojnie do mety. Przecież i tak już daleko dotarłem w tym stanie. Około 30-tego zaczynam kombinować. Może robiąc krótkie przejścia do marszu pomogą odprężyć trochę nogę oraz stopę i ból będzie mniejszy. Trochę próbuję, ale nic nie pomaga, podczas marszu boli tak samo a wydłuża się tylko czas cierpienia. Trudno, póki jestem w stanie ustać to biegnę. Do 35-tego a dalej zdecyduje. Na to wszystko nakłada się już zmęczenie mięśni i słabnie wydolność organizmu. Już nie jestem w stanie nic obserwować. Zasklepiam się w sobie. Co raz modlę się w myślach. Przelotnie dopada mnie jakaś głupawka i zaczynam się chichrać przez łzy. Co za absurd. Widzę siebie tak jakby kierowca rajdowy uparł się ukończyć wyścig ze skrzywionym przegubem, przebitą oponą i dymiącą chłodnicą. Ale toczę się dalej, każdy krok trwa coraz dłużej. Mocno zwolniłem ale biegnę. Obawiam się, że jeżeli przystanę chociaż na chwilę to nie ruszę. Wyglądam jak kaleka. Głośno słychać mój oddech, w którym wybrzmiewa zmęczenie i ból. Mijam 35 dalej 37. Boże! Jak powoli ubywa, ale już wiem, że dobiegnę, że przebiegnę przez tą piękną Bramę Branderburską jako triumfator. Na ostatnim 43-cim (wyszlo 43,4!) kilometrze ogarniam się trochę, gdzieś tu pewnie stoi żona i dzieci, dla nich chcę wyglądać jak wojownik, nie ledwo toczący się wrak. Doping robi swoje. Nawet przez moment spoglądam na zegarek z nutką motywacji czy chociaż zmieszczę się z czasem chociaż poniżej... Ale w sumie jakie to ma znaczenie. Wiem, że ukończyłem, dokonałem tego. Nie pokonał mnie ból, zmęczenie, brak formy. Przebiegam przez metę z ogromną satysfakcją. Obolały, ale zwycięski. Prawie nie mogę opierać się na stopie, ale ukończyłem. Wiem, że rozwaliłem nogę doszczętnie, od nowa trzeba będzie rehabilitować. Teraz to nie ważne. Nic nie jest ważne. Napawam się miłym ciężarem wiszącego na szyi medalu.

 

Epilog nieodpowiedzialny

 

    Po pięciu tygodniach od maratonu nadal leczę kontuzję. Coraz mniej ale wciąż dokucza. Za kilka dni start w Atenach, ale tutaj będę już jako kibic. Kiedyś jeszcze będzie okazja pobiec. Teraz najważniejsze to wrócić do sprawności, złapać motywację i wejść w pełny rytm treningowy. Zegar tyka a start w IM coraz bliżej.

    Biegu w Berlinie raczej nie zapomnę i zostanie mi w pamięci jako najbardziej wycierpiany maraton w mojej sportowej historii, ale też dowód na to, że nie znam jeszcze swoich granic i potrafię wytrzymać więcej niż myślałem. Obiektywnie patrząc to ten start był niewskazany, nierozsądny, i nieodpowiedzialny. Racja, ale z drugiej strony trochę nudne by było to życie gdyby zawsze było takie poprawne, rozsądne i odpowiedzialne. Jak powiedział poeta: „Życie jest jak żurek i potrzebuje ziaren pieprzu do smaku” :)

R.J.

 

 

 

 

 

Berlin - maraton z perspektywy bólu

01 listopada 2019