Co Ty Na To?

czas na działanie

Dzień po ukończeniu dystansu 1/2 IM. Nogi lekko obolałe a głowa senna. Ale wszystko dobrze. Spodziewałem się, że będę bardziej rozsypany.

Pierwsze wrażenie na starcie po przyjrzeniu się uczestnikom to takie odczucie, że wszyscy są mocniejsi niż ja. Pewność ruchów, humory, śmiechy, lata treningów i startów wyryte na twarzach… Już przy wprowadzaniu rowerów do strefy poczułem się jak brzydkie kaczątko z moją dosyć podstawową, lekko sztukowaną kolarzówką i kaskiem z drugiej ręki, wchodząc obok człowieka z turboodrzutową czasówką. Kaski, buty, rowery, bidony. Dookoła wyścig zbrojeń.

Wiem, że dużo pracowałem i czuję swoje możliwości, ale jednak takie poczucie, że ja jednak dopiero trzeci raz w życiu na belce startowej raz po jednej 1/10 IM i raz olimpijce a tu takie asy dookoła. No nic robimy swoje. Zaczynamy pierwszy etap.

Rozciąganie, lekka rozgrzewka na lądzie. Niedobrze, zbyt mocne śniadanie podchodzi do gardła. Mimo to wciskam jeszcze żel na 10min przed rozpoczęciem zgodnie z planem. Speakerka tłumaczy zasady i wspomina coś, że na tym dystansie to raczej nikt nie będzie już płynął stylem klasycznym … Hmm… jest przynajmniej jeden co właśnie pod to się szykował i drugi jeszcze Paweł z tego co zapowiadał, wiec nie bede jedyny :) Jacek rzucił hasło, żeby przepłynąć się w wodzie przed startem. Eeee…. Szkoda prądu. Tu to jestem pewniak. Nie, żebym był bardzo szybki, ale turbo-żabkę mam dobrą, dosyć dynamiczną i bardzo energooszczędną no i w końcu woda to mój żywioł. Nie będę robił żadnej rozgrzewki w wodzie. Jacek po raz drugi coś przebąknął, że idzie chociaż zmoczyć  piankę. Dobra. Idę od niechcenia za nim. Maciek już mokry i zadowolony. Fajnie. Ja łapię kontakt z wodą, zaczynam płynąć i szok! Wszystko jest jakoś inaczej. To jest rzeka, woda się rusza, glony jakieś, trawy muskają mnie w ręce i nogi, pod sobą widzę przejrzystą głębinę pełną tych chcących mnie zaplątać roślin. Nagle nie umiem pływać. Dodatkowo w piance ruchy są jakieś inne. Ledwo łapię powietrze. Mam styl 5-cio latka na drugich zajęciach pływackich. Boże, co to będzie! Tu taki start, tyle przygotowań, zamieszania, zaangażowania własnego i innych... Uspokoić się rozpoznać wodę, zapanować nad tym. jest jeszcze chwila… Próbuję, serce mi przyspiesza ilekroć spoglądam na te trawy pode mną, lub czuję jak mnie dotykają. Nie dam rady, ledwo panuję nad sobą a tam przecież będzie tłoczno, jak ktoś mi napłynie na plecy to się rozsypię zupełnie. Po chwili oswojenia jest mała poprawa, zaczynam pływać lepiej, ale dalekie to jest od jako takiej techniki, którą wypracowałem na treningach. Trzeba było wczoraj sprawdzić tą rzekę. Był czas. Nauczka na przyszłość, ale teraz co. Rozciąłem podeszwę stopy wchodząc do wody. Leci mi krew. Jestem zdruzgotany i przerażony. Nie chcę tu być. Na tyle na ile mogę próbuję się wyciszyć, pomodlić, uspokoić. Nie bardzo to wychodzi. Stajemy na końcu kolejki startowej. Dobrze, przynajmniej nie będą na mnie napływać. Wyjścia nie ma. Co będzie to będzie. Najwyżej mnie wyłowią. W końcu są tu ratownicy. Puszczają pojedynczo co 4 sekundy. Sygnał. Hop i jestem w wodzie. Staram się zachować jako tako klasę przez chwilę, póki widać mnie z belki startu no i po chwili nikt już na mnie nie patrzy, płynę fatalnie, tragicznie. Nie wyobrażałem sobie nigdy, że woda może być tak rzadka. Nie umiem się od niej odbić, nie wiem kiedy oddychać, glony cały czas straszą od spodu. Jakaś trawa oplata mi rękę. Serce gwałtownie przyspiesza, ledwo łapię oddech, zapominam jak się pływa… za chwilę podniosę rękę póki mogę, żeby mnie wyłowili. Słońce świeci po powierzchni wody tworząc tysiące odblasków na grzbietach drobnych fal. Jak zacznę się topić to mnie nie zauważą w tej iluminacji. Dobra, stop, ćśśśśśśś, uspokój się, przecież dobrze pływasz, spokój, zapomnij o zawodach, czasie, ładnym stylu. Jest piękny dzień, w sam raz na rekreacyjne pływanko rzeczką. Gdyby glony były groźne to by tu nie było trasy. Spokojnie. Relaks. Zaczyna działać. Rozglądam się. Zmienia się brzeg rzeki. To już nie same betonowe pionowe ściany bez możliwości wyjścia, pojawiają się łagodne trawiaste brzegi. Co by się nie działo do brzegu jakoś dotrę. Uspokajam się. Powoli zaczynam płynąć technicznie, ale ostrożnie. Kiedy twarz mam pod wodą zamykam oczy. Nie patrzę na glony. Działa złapałem rytm. Otwieram oczy, oswajam si z trawami. Jest dobrze, nie robią już na mnie wrażenia. Ze sporym opóźnieniem, ale zaczynamy wreszcie wyścig. Przyspieszam, panuję nad sobą otoczeniem, ruchy idą zgrabnie. Zaczynam wyprzedzać, jeden drugi trzeci następny. Dobra, spokojniej teraz nie przepalić za mocno bo to długi wyścig. Odpuszczam odrabianie czasu w wodzie, robię swoje. Ale jestem już znowu mocny. Lwie serce wróciło do ciała :) Jak się okazało nie zauważyłem kiedy ale chyba wyprzedziłem ponad 100 osób. Trudno, straciłem czas, ale ostatecznie czym tu się martwić. Zapoznaję się z dystansem i wyciągam dla siebie wnioski na przyszłość. Kilka już mam.
- zaplanować na kilka dni przed startem odżywianie przynajmniej w dniu przedstartowym i śniadanie przed startem.
- zapoznać się z wodą. Najlepiej dzień wcześniej
- wykonać więcej treningów w piance
- chip na nodze umieścić pod pianką, bo zablokowałem się przy zdejmowaniu i była chwila szarpaniny z nogawką.

Strefa zmian na spokojnie, bez nerwów, trochę wolno, ale wszystko pewnie i w skupieniu. Wybiegam i wreszcie siedzę na rowerze. No. Jest dobrze, lubię ten moment. Nogi świerzbią, ale trzymam się planu. Nie wiem co mnie czeka, jak zareaguje organizm. Trochę obaw w głowie bo zapowiadali silny wiatr i się wzmaga. 4 okrążenia. Obawiam się jak kumulujące zmęczenie wpłynie później na zdolność myślenia więc ustalam strategię w drodze. Nie zjechać za wcześnie ani nie polecieć o jedno okrążenie za dużo. Wyznaczam cztery punkty na kierownicy od lewej do prawej i w myślach skreślam te przejechane kółka. Szybko zaczyna się walka z podjazdami i wiatrem. Złudne początki. Noga mocna, więc zaczynam wyprzedzać, żeby utrzymać założoną średnią, no i może zrobić trochę na zapas. Tętno rośnie. Stop. Nic ponad plan. Nie mam na rowerze jeszcze wyczucia na ile sobie mogę pozwolić, więc kieruję się tętnem i cały czas jadę z zapasem mocy. Fale wiatru mocno biją to z przodu, to z boku. Rzuca rowerami. Jak się okazało, było kilka wypadków z mocnymi obtarciami i złamaniami włącznie. Podejrzewam, że najtrudniej mieli utrzymać kontrolę ci, którzy jechali z pełnym kołem, a przy dużej prędkości na zjeździe, gdzie ja przekraczałem 57 km/h a „czasowcy” ładowali ponad 70 km/h, łatwo o utratę kontroli. No ale to są emocje, ambicje sportowe, w końcu to wyścig, więc się dzieje.

Po pierwszym okrążeniu czuję się jak u siebie. Samopoczucie doskonałe. Pilnuję regularne odżywiania i picia. Co 5 km dekstro, następne 5km znowu dekstro i co 15km żel. System działa, energii nie ubywa do końca. Przy czwartym okrążeniu zniknęły już z trasy prawie wszystkie rowery czasowe. Wiadomo, że podstawa to noga, ale niewątpliwie, pewnego poziomu bez odpowiedniego sprzętu się nie przeskoczy. No i ustawienie czasówki triathlonowej ułatwia później bieganie, ale tego doświadczenia jeszcze nie zaznałem. Na czwartym okrążeniu trochę zaczynam mieć dosyć mentalnie, więc zajmuje umysł odtwarzaniem w głowie scenek z filmów. Parę razy wyrywa mi mi się na głos cytat z ”Psów”, ale nikt nie słyszy przy zachowaniu odległości i gwiździe wiatru. Trochę wyprzedzam i zagaduję krótko tekstami „ale wiatr”, „jeszcze trochę i z górki” etc. Wreszcie dojeżdżam do belki.

No to już teraz ostatni etap. Będzie dobrze. Zapominam o wszystkim co dzisiaj robiłem i po prostu idę sobie pobiegać. Luźna głowa, nadal bez napinania. I tak też poszło. Na początku trochę za szybko jak zwykle po rowerze, ale starałem się odprężyć, rozluźnić wszystkie ponapinane mięśnie, które nie są mi niezbędne do biegania, znaleźć strefę komfortu i ustabilizować ją. Odpuściłem patrzenie na zegarek i tętno. Wsłuchałem się w siebie i udało się. Zacząłem biec równym tempem, rytmicznym oddechem, niespięty. Spoglądam na zegarek. Całkiem przyzwoite tempo, znacznie lepiej niż się spodziewałem, bo przy takiej, nie za wysokiej intensywności i po kilku godzinach zmagań spodziewałem się, że będzie wolniej. Nie przyspieszam, jeszcze sporo kilometrów do zrobienia a ja nie wiem jak się zachowa organizm. Jak wydolność i jak mięśnie. I tak jest lepiej niż zakładałem w optymistycznym wariancie, więc żeby nie przedobrzyć, nie spieprzyć sprawy ambicjami. To jest jeszcze rozpoznanie. Nigdy nie byłem w tej przestrzeni wysiłku. Trzymam równo tempo. W zasadzie samo się trzyma. Piję IZO co drugi kilometr na punkcie a co trzeci punkt wodę. Dextro co 4km. Na żele nie mogę patrzeć. Na samą myśl o żelu jest mi niedobrze, ale wiem, że trzymam się nieźle dzięki temu, że nie odpuszczam odżywiania. Około 11km wmuszam w siebie żel. Pomaga. Na 15km wiem, że już nic się nie może stać i chce mi się biec. Przyspieszam. Poprawiam (z obrzydzeniem) żelkiem na 18tym. Trochę zaczynam odczuwać napięcie w czterogłowych jak po około 32 kilometrach maratonu, ale lekko. No i wreszcie, kończę z klasą i uśmiechem. Meta.

A teraz sobie teraz odpocznę, pół dnia będę leżał :) Fajna sprawa baseny z zimną wodą w strefie zawodnika za metą. Schładzam nogi. Piwko 0% ciasto, arbuz. Jest super. Medal na szyi a we mnie poczucie dumy ze zdobycia swojej wewnętrznej kozackiej sławy. Zostałem pół Iron Manem :)

Czas lepszy niż zakładałem. Ukończyłem dokładnie w połowie stawki czyli fajnie, tak jak chciałem. Jednak nie wszyscy byli lepsi ode mnie i to jednak nie turbo sprzęt czyni zawodnika ;). Trochę poczucie niedosytu. W sumie to nie jestem jakoś strasznie zmęczony. Nie mam potrzeby nawet za bardzo odpoczywać. Trochę adrenalina trzyma, ale jednak zbyt zachowawczo, można było mocniej pocisnąć no i ten niefortunny start. Pomyślałem czy pobiegł bym jeszcze 10km, no w sumie to bym pobiegł. No to może pełny dystans by trzeba pomyśleć… O nie…, na ta myśl na razie się wzdrygam. Trochę większego respektu nabrałem do tego pomysłu. Jednak chyba lekko spokorniałem. Ale może to pozorne, zmęczenie postartowe, depresja poporodowa :) Zobaczymy. Chwilowo czas na zasłużoną regenerację.


RPJ

 

 

BRZYDKIE KACZĄTKO NA STARCIE

20 lipca 2019