Co Ty Na To?

czas na działanie

              Ostatni maraton w sezonie okazał się wielkim przeżyciem zarówno pod względem duchowym jak i czysto sportowym. Przebiec dystans 42 km historyczną trasą z Maratonu do Aten to jakby zaśpiewać arię operową w La Scala. Miejsce historyczne, magiczne i wyjątkowe – to tutaj wszystko się zaczęło... Historia biegu maratońskiego sięga 490 roku p.n.e. kiedy to po zwycięskiej dla Greków  bitwie z Persami  pod Maratonem armia  perska ruszyła celem podboju w kierunku Aten. Wtedy to jak pisał Herodot jeden z posłańców pobiegł do Aten aby ostrzec swoich rodaków przed płynącymi w ich kierunku okrętami perskiej floty. Posłańcowi Filipidessowi udało się dobiec i ostrzec Ateńczyków, jednak według licznych  spisanych podań,  na miejscu padł martwy ze zmęczenia. Historia ta stała się inspiracją dla Pierra de Couberten, który włączył bieg na dystansie odpowiadającym odległości z Maratonu do Aten do programu pierwszych nowożytnych igrzysk olimpijskich. Co prawda odległość pomiędzy Maratonem i Atenami to 37 km jednak w wyniku późniejszych zawirowań i zrządzeń losu został  w rezultacie zaokrąglony do 42 km i 195 metrów.

            Będąc w Atenach i Maratonie czułem tchnienie i oddech starożytności. Są to miejsca magiczne gdzie teraźniejszość przeplata się z historią, gdzie czas biegnie dużo wolniej, gdzie ludzie cieszą się każdą chwilą i korzystają z twórczości i geniuszu swoich przodków. Grecka atmosfera i świadomość historyczna dodała mi jeszcze większej ochoty do uczestniczenia w tym wyjątkowym biegu. Czułem także potrzebę złączenia się ze startującymi maratończykami, którzy przybyli tu w celu wystąpienia na wielkiej greckiej scenie, rozpościerającej się pomiędzy Maratonem i Atenami. Każdy z aktorów tego widowiska miał do odegrania swoją scenę, która była dla niego najważniejsza. Ja także miałem do odegrania swoją rolę, która tym razem była drugoplanowa i miała na celu wyeksponowanie głównego aktora w moim małym spektaklu.

 

            W tym przypadku gwiazdą miała być moja wspaniała żona. Chciałem aby przebiegła swój drugi maraton właśnie tutaj i miałem zamiar jej w tym pomóc... Oczywiście jak to zawsze przed występem najważniejsze jest przygotowanie mentalne i psychologiczne. Wobec tego dzień przed startem były owoce morza, greckie wino i romantyczny zachód słońca na jednej z greckich plaż. Bardzo chciałem, aby moja żona zrelaksowała się przed startem i nie stresowała się koncentrując na sportowych aspektach biegu. Ja wiedziałem, że będę biegł cały czas obok niej i będę ją wspierał podczas pokonywania kolejnych kilometrów. Tym razem to ja byłem pełen obaw, ale nie dałem tego po sobie poznać. Wiedziałem, że trasa jest trudna i obfituje w liczne wzniesienia, po za tym grecki klimat też z pewnością da się we znaki. No cóż nie należało się tym zbytnio martwić, dlatego też skupiłem się na realizowaniu poszczególnie założonych celów.

            W dniu startu Ateny zamieniły się w kolorowe miasto biegaczy, którzy o szóstej rano niczym morska fala wlewali się do wnętrz setek autobusów, które następnie ruszyły w kierunku Maratonu. Na miejscu startu wszystko odbywało się bardzo sprawnie a sam moment startu poprzedzony był ceremonią przysięgi olimpijskiej. Mój plan był prosty -  biec wraz z żoną i kontrolować tempo biegu. Pierwsze kilometry mijały dość sprawnie choć od samego początku było pod górę, minęliśmy dwie „agrafki” celowo utworzone na trasie aby wydłużyć dystans do przepisowych 42 kilometrów. Następnie wbiegliśmy na dwupasmową szeroką drogę, a sam bieg robił się dość nudny i nużący. Nie powinienem tego mówić gdyż to wszystko szybko się skończyło i zaczął się podbieg, ale nie taki zwykły, do którego jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni kiedy uczestniczymy w ulicznych biegach. To była mordercza dwudziesto-kilometrowa wspinaczka.

 

            Ja po raz pierwszy biegłem maraton wolniejszym tempem i raczej w środku stawki.  W związku z tym miałem okazję zobaczyć jak wielki wysiłek wkładają podczas maratońskich zmagań zawodnicy, których zmaganie trwa ponad cztery godziny. Podczas biegu widziałem wiele interwencji lekarskich, część zawodników nie dawała rady na podbiegach i padali na trasie bądź też słaniając się na nogach zabierani byli przez służby medyczne. W wielu miejscach trasy siedzieli biegacze przykryci kocami termicznymi, którzy nie wytrzymali trudu startu i musieli powiedzieć - dość. Przyznaje mocno się męczyłem, a w głowie piętrzyły się myśli czy Ona aby da radę... Starałem się dbać o naszą gospodarkę wodno-elektrolitową i często podbiegałem do punktów z wodą, starałem się także podczas biegu chłodzić kolana, a także wsmarowywać odpowiednie kremy i żele.

           Wydaje się, że wszystko miałem pod kontrolą - swoją niespodziankę również. Myślicie jaką niespodziankę? No cóż na 20 kilometrze kiedy podbieg naprawdę dawał się we znaki wyprzedził nas polski zawodnik i krzyknął „a ja jestem Robert i też dam radę”. Ja wiedziałem o co chodzi jednak moja żona wzięła go za wariata i pytała „ale o co chodzi”. Powiem wam jeszcze jedno był 29 kilometr, a ja do tej pory od startu a nawet od wyjścia z domu byłem zawsze za moją żoną nigdy przed nią, nigdy nie stałem do niej tyłem myślicie dlaczego? A no dlatego że miałem dla niej motywującą niespodziankę na która przyszedł czas na 30 kilometrze. Wtedy to wyprzedziłem swoją żonę, która właśnie miała głęboki kryzys i właśnie w tym momencie jej oczom ukazał się pewien rysunek na moich plecach. Rysunek ten a raczej zdjęcie przedstawiało mnie i nasze dzieci z kciukami w górze i podpisem „Anetko dasz radę”. Zadziałało - moja małżonka mimo, iż troszkę się popłakała, jak mniemam ze wzruszenia to wrzuciła turbobieg, którego już nie wyłączyła do mety. Na STADION OLIMPIJSKI W Atenach wbiegliśmy uradowani i szczęśliwi. Zrobiliśmy to!!! kolejny raz razem, kolejny raz pokazaliśmy że jest w nas siła, że tworzymy jedność, że nie poddajemy się i zawsze wspieramy. To było ekstra uczucie – jesteśmy razem w miejscu, o którym uczyliśmy się w Akademii Wychowania Fizycznego siedząc w „jednej ławce”.

          Nasze marzenia się spełniły jesteśmy szczęśliwi i spełnieni. To był piękny dzień. Jednak on wcale się nie kończył. Przecież być w Atenach i nie wejść na Akropol to byłoby nie wybaczalne. Po chwilach celebracji ukończenia morderczego dystansu, serii pamiątkowych zdjęć, a wszystko to na trybunach stadionu olimpijskiego, zaproponowałem żonie wspólny spacer, taką mała randkę, na którą ona ochoczo się zgodziła i nie zmieniając garderoby udaliśmy się podziwiać cuda starożytnej architektury. Jak pięknie było spojrzeć na Ateny ze wzgórza Akropolu. Piękne miasto cudownych ludzi. Na pewno jeszcze tu wrócimy aby upajać się atmosferą greckiego luzu i wolności...a wszystkim tym, którzy myślą bądź mówią, że Grecy są leniwi i tylko siedzą chciałbym powiedzieć - wymyślcie i zróbcie dla ludzkości tyle co oni, a też będziecie mogli usiąść i napić się kawy...

Flirtując z Żoną i  historią - Maraton w Atenach

10 grudnia 2019