Co Ty Na To?

czas na działanie

5 dni do startu dystansu olimpijskiego w Rawie Mazowieckiej. Duże chęci na start. Podchodzę do tych zawodów bez spiny i bez napięcia. Nie, żebym odpuszczał, ale nie robie założeń czasowych czy planu na życiówkę. Chcę przede wszystkim osiągnąć bezstresowy luz, zadowolenie z zabawy połączone z opanowaniem i skupieniem. Może się zadziwię efektem :) W sumie to trening kierunkuje się już w stronę wrześniowego Berlin Marathon, ale siłą rozpędu po 1/2 IM czuję się w niezłej formie do TRI. Rawę Mazowiecką wspominam bardzo dobrze z zeszłorocznej zabawy na 1/10. Fajne miejsce, atmosfera zawodów kameralna, prawie rodzinna, organizacyjnie wszystko na poziomie. W dodatku to nasze regionalne zawody, wiec „wypada” wziąć udział. Dodatkowa atrakcja dla mnie to pierwsza okazja do ścigania się z dozwolonym draftingiem na etapie rowerowym. Lada chwila start, a tu niespodzianka… nieprzewidziany przypadek losowy. W trakcie swobodnej sobotniej jazdy rowerem, tydzień przed startem - kontuzja. Jest mała szansa, że dojdę jako tako do siebie przez 5dni - zobaczymy. No, ale przypadek żenujący, nadający się do klasyki gatunku filmików „the best idiot”.

 

Rekreacyjna przejażdżka z przerwą regeneracyjną na półmetku. W trakcie powrotu porwał mnie duch prędkości. Chwilę cisnąłem mocniej. Odwróciłem się, czy Krzysztof i Jarek jadą za mną, ale wesoło pogadując nawet nie myśleli się wysilać. Zostałem chwilowo sam. Oglądam się i oglądam a ich nie widać. Jechałem bardzo wolno, wyczekując i spoglądając przez ramię. Dla zabawy zacząłem przyspieszać i hamować, ale szybko wpadłem na lepszy pomysł zabicia czasu. Zabawa w jazdę na tylnym kole. Mocny nacisk na pedały, podbicie… Rower pięknie wspiął się w górę, idealnie do pozycji pionowej, na mojej twarzy niewątpliwie odbiły się duma, radość i skupienie. Coś się jednak zadziało co przekroczyło wyobrażenie planowanego manewru. Rower przekroczył linię pionu w tył. Wyraz twarzy szybko zaczął się zmieniać w przerażenie. Oczy otworzyły się szeroko, twarz wygiął grymas nadchodzącego bólu a ręce próbowały jeszcze chwilę przytrzymać się kierownicy. Wiem, że nie ma ratunku. Pozostaje tylko zaakcpetowanie faktu, że nic nie uchroni mnie od natychmiastowego i gwałtowanego kontaktu z asfaltem. Wszystko dzieje się jakby trochę wolniej. Ale przecież, gdzie są nogi, czemu nie podpieram się nogami tylko nakrywam się rowerem. Koła są już prawie nade mną ale ja nadal siedzę w siodełku z nogami na pedałach jak jakiś uczepiony robak. Widok idiotyczny. Chwilę przed upadkiem mieszają się we mnie uczucie przerażenia, komizmu i wstydu. Na szczęście nie było świadków sytuacji, gdzie na prostej drodze nagle ktoś odczuwa potrzebę nakrycia się rowerem i łupnięcia z impetem plecami o bruk :). Efekt upadku to siny mięsień pośladkowy (kość miednicy na szczęście wytrzymała), spuchnięta lewa dłoń z powodu obicia i lekkiego pęknięcia jednej z kostek oraz podrapany kask. Z moją czaszką mogło by być bardzo, bardzo źle. Ochrona głowy uratowała mnie od niewątpliwego wstrząsu lub pęknięcia. I tak to się stało. Gdy dojechało towarzystwo udało mi się wstać i nawet wsiąść na rower i kierując jedną ręką, lekko naburmuszony wracałem pokornie do domu.

 

Przesłanie z tej historii jest takie, że jeśli komuś się wydaje, że twardzi goście nie noszą kasków to się myli. Naprawdę twardzi goście, którzy są tak twardzi, że tylko z chęci zabicia nudy rzucają się z furią z rowerem w tył próbując plecami rozbić asfaltowe nawierzchnie - też zakładają kask :)

 

RPJ

 

Najtwardsi z najtwardszych

25 lipca 2019