Co Ty Na To?

czas na działanie

Po długich, ciężkich i mozolnych przygotowaniach Sarna Team postanowił stawić czoła nowemu wyzwaniu . Czy podołamy w zmaganiach tytanów ? Czy zdołamy osiągnąć zamierzony cel? Chyba każdy z nas zastanawiał się nad tym zanim usłyszeliśmy sygnał do startu. Z pewnością Marcin czyli startująca część naszego teamu  przeżywał moment przed startowy inaczej, to przecież On musiał przepłynąć półtorej kilometra , przejechać rowerem czterdzieści i przebiec dychę. Ja przeżywałem start z pozycji wspomagającego członka ekipy, nie znaczy to wcale, że serce nie podskoczyło mi do gardła kiedy tłum atletów wskoczył do wody i zaczął w szaleńczy sposób łopotać rękami o taflę jeziora. Nasz start w zawodach 1/4 Iron Man był zaplanowanym preludium do  większego wydarzenia o czym mam nadzieję napiszę w niedalekiej przyszłości...Marcin jest zawodnikiem mocnym w bieganiu, ukończył 14 maratonów w różnych częściach świata nie wspominając o dziesiątkach połówek (nie tych o których myślicie ;-) ) i krótszych dystansów. Jest dobrym pływakiem. Z racji wykonywanej profesji innego wyjścia nie ma w końcu szkoli adeptów tej dyscypliny , a rower no cóż chyba jest do tego stworzony jego łydka jest wielkości mojego uda a żyły w momencie napięcia osiągają rozmiar mojej aorty. Na rowerze jest naprawdę szybki. Tak więc początek naszej triathlonowej drogi rozpoczął się  16.06.2019 roku w wodach zalewu Zegrzyńskiego. W sumie nie jest to do końca prawda .Opowiem wam co było wcześniej a naprawdę się działo. Nasz zespół zebrał się przed dzień zawodów w Skierniewicach. Wraz z nami byli nasi koledzy którzy również predestynują do tego aby nazywać ich tytanami. Maciej i Rysiek to naprawdę twardzi zawodnicy i równe chłopaki - Rysiek musi z racji imienia, ten fakt zobowiązuje ;-) Wróćmy jednak do meritum. Dzień przed zawodami wyruszyliśmy wesołym autobusem do stolicy wraz z nami jechały rowery i inne gadżety wliczając w to pompkę o której później. Przybywszy do Warszawy i pokonawszy trudy parkowania w zatłoczonym mieście udaliśmy się do biura zawodów gdzie zawodnicy odebrali pakiety startowe. Kiedy każdy z nich nałożył na plecy tobołek z logiem IM pewność siebie wzrosła a krok stal się jakby bardziej sprezysty. Mieliśmy już pakiety startowe i wiedzieliśmy gdzie jest meta. Czas odnaleźć miejsce startu.Wsiedlismy w wesoły autobus i ruszyliśmy nad Zegrze. No i znowu parkowanie a potem już z gorki. Wraz z setkami innych tytanów ruszyliśmy w miejsce startu aby pozostawić rower i inne gadżety w strefie zmian. Wraz z nami była także sławetna pompka. To nie była taka mała rowerowa pompka a w pełni profesjonalnie  wyglądającą pompka z pomiarem ciśnienia, trochę przypominała ta jaka wchodziła w skład standardowego wyposażenia fiata 126p...ale co tam wyglądaliśmy profesjonalnie. No właśnie wyglądaliśmy bo pompka mimo że robiła wrażenie swym wyglądem tak naprawdę była z działu sportu i turystyki jednego ze skierniewickich dyskontow a o jej trwałości przekonał się jeden z zawodników który zauważywszy ten imponujący sprzęt chciał go pożyczyć aby napompować swój rower bagatela myślę wart trzydzieści tysięcy złotych. Na tą próbę nasz sprzęt nie był gotowy . Pompka najwyraźniej nie wytrzymała ciśnienia i po puszczeniu niewinnego bąka odmówiła posluszenstwa. No cóż Pan profesjonalny pewnie ja oniesmielil i się popsula. Idąc do strefy startu nasze myśli krążyły tylko wokół jednej rzeczy tj. z pianką czy bez pianki. Z pianką będzie łatwiej ale potem jak z jej zdjęciem , będziemy tracili czas . No dobrze to bez pianki ale jak bez pianki to czy w stroju czy w kompielowkach ? Dylemat ten rozwiązali za nas organizatorzy , którzy ze względu na wysoką temperaturę wody zdecydowali że tym razem bez ! Pomyśleliśmy dobrze płyniemy bez ale jak zachowa się nasz profesjonalny strój triathlonowy kupiony w Chińskim sklepie internetowym?  A jak nabierze wody i zrobi się balon. Marcin jako bójka to byłoby fatalne , co z naszym image 🤔. Jak przystało na dalekich przodków zbujujacych Górali zrobiliśmy próbę wody...uff udało się bojki nie ma . Próbę ognia odpuściliśmy..Rowery zostawione w strefie zmian nakryte na noc ciepła kołderka . Powietrze z opon upuszczone , łańcuch nasmarowane , naklejki startowe przymocowane , akwen obejrzany.Czas wracać na miejsce mety aby pozostawić gadżety do biegania w strefie kolejnej zmiany i zapamiętać miejsce pozostawienia roweru. Po wykonaniu ostatniego zadania i skonsumowaniu porcji makaronu przyszedł czas na powrót celem regeneracji sił. To była krótka noc, która wyjątkowo nie poprzedził Wieczorek taneczno-poetycki. ..Godzina słynna piąta pięć parafrazując poetę zadzwonił budzik i nasz team zerwał się na równe nogi świadomy wagi nadchodzącego wydarzenia. Tym razem to Sarna team odpowiadał za logistykę i zabranie Maćka i Ryśka. O szóstej byliśmy już w samochodzie i spokojnie kierowaliśmy się ku stolicy a właściwie zalewowi zegrzynskiemu. Pogoda w dniu startu była dobra i co najważniejsze nie było komarów co było chyba najistotniejsze.

Dla mnie i Kasi jako nadbrzeżnego Supportu. Przed samym startem wyczuwalna była moc wydzielającej się adrenaliny. W naszym teamie raczej spokój - Maciej układa nie ukladalne a Ryszard medytuje. Marcin przed startem zatańczył z Wojtkiem ( zaprzyjaźniony zawodnik) taniec plemienny rodem z akademika podlaskiego AWFu i stanęli na starcie. Niebieskie czepki wystartowały w połowie stawki. Co to był z plusk jakże oni mogli płynąć w tym gotującym się kotle ? Po kilkuset metrach i kilkunastu uderzeniach w twarz nogami konkurencji każdy znalazł swoją traektorie wodnego lotu. Ja popijając kawę z nabrzeża obserwowałem zmagania zawodników. Niestety w tym szaleńczym tłumie zauważyłem sytuacje kryzysowa. Jeden ze słabiej pływających zawodników wyraźnie nie radząc sobie na akwenie złapał Marcina za szyję i zaczął go topić to symptomatyczne zachowanie tonącego. Marcin bronił się ile sił i odpierał ataki i próby wciągnięcia pod wodę. Na szczęście w porę pojawili się ratownicy i uratowali biedaka. Ale co dalej z Marcinem? Zaspokiwszy z nadmiarem pragnienie woda wątpliwej czystości uspokoił oddech i płynął dalej nie poddał się panice i po kilkuset metrach tzw. dygotajacej żaby przeszedł do swojego klasyka i wrócił do rywalizacji. Dał radę ! Oczywiście stracił pozycję i czas ale przetrwał. Marcin wyszedł z wody zdenerwowany i zmęczony jednak pelen wiary i optymizmu wskoczył na rower i zaczął swój szaleńczy wyścig mijając rywali niczym słupki ustawione wzdłuż tyrolskiej drogi.  Ja wraz z resztą naszego zespołu w tym czasie przemiescilem się do strefy biegu i mety aby tam nadzorować spożywanie żeli i płynów przez naszego zawodnika. Po szybkiej jeździe rowerem przyszedł czas na bieg, gdzie Marcin również nadrobił sporo czasu i w rezultacie stawił się na mecie (miejsce) z czasem (). Tuż za meta przyszły skurcze mięśnia dwugłowego co było rezultatrm mocnego finiszu. Na mecie czekał już cały support i tłumy kibiców. Po chwili oddechu zasłużoną miska makaronu, zimne piwo a następnie powrót do bazy. To były mega ekscytujące chwilę. Nasza pierwsza triathlonowa przygoda będąca zapowiedzią czegoś naprawdę dużego...

PS

 

Supportowy zawrót głowy

20 lipca 2019