Co Ty Na To?

czas na działanie

Miało być krótko, a będzie jak zwykle :) Podsumowanie startu w Rawie Mazowieckiej, triathlon na dystansie olimpijskim. W planie startowym ustalonym z Marcinem na rok 2019 tych zawodów miało nie być. Zapisałem się pod wpływem impulsu i bez analizy, jak to wpłynie na przygotowania do wrześniowego maratonu w Berlinie. Grymas trenerskiego niezadowolenia na twarzy Marcina sugerował, że ten start wpasował się jak pieprz do zupy owocowej. Po 1/2 IM miała być regeneracja i ukierunkowanie na Berlin. Tłumaczyłem sobie, że to będzie start na luzie, rekreacyjny więc na nic nie wpłynie. Trener sugerował, żeby odpuścić, żona sugerowała, żeby odpuścić i wszystko układało się w konfiguracji na „nie”. Ale ja brnę dalej. W końcu dostałem mocniejszy sygnał z samej góry „upadłszy” na rowerze i tłukąc się boleśnie. Na kilka dni zmiękłem. Dobra. Nie będę startował. Ale trzy dni przed startem ręka w sumie mniej bolała, okazało się, że nie ma złamania… W piątek próba na rowerze i jednak nie mogłem się oprzeć dłonią na kierownicy, ale łokciami na lemondce mogłem :). O ile nie będzie jakiś wertepów, dziur w drodze, to dam rade. (Wymyśliłem też rękawiczki amortyzujące, których założenie a później zdjęcie trwało wieczność). Wprawdzie nie robiłem już treningu pod ten start, nie odżywiałem się pod ten start, wykonałem bardzo mocne akcenty biegowe w dniach przedstartowych, brak regeneracji, no i tak naprawdę nie nastawiłem głowy jak należy, ale jednak jadę.

 

Dzień startu. Trochę niepewny siebie, ze względu na rękę i obawy o nawierzchnię kolarską, wprowadzałem rower do strefy. No i klapa. Dla dystansu triathlonu olimpijskiego z draftem, był zakaz lemondek. Trzeba odkręcać, a ręka boli. Będąc już tu i teraz przecież nie zrezygnuję.Co będzie to będzie. Jadę. No i tak oto po całej serii znaków, żeby odpuścić te zawody, stanąłem na starcie.

 

 

Godź 11:15. Ruszaliśmy wszyscy na raz z wody. Chwytając się molo i czego kto mógł. Ja, z kilkoma jeszcze osobami, z braku miejsca wisieliśmy uczepieni za jakimś rowerem wodnym. Nie usłyszeliśmy startu. Zorientowaliśmy się jak zobaczyliśmy innych oddalających się mieląc wodę. Ruszyłem jako ostatni… Zalew w tym roku po osuszeniu pełen był jakiś podwodnych krzaków i chaszczy, ale nauczony doświadczeniem zapoznałem się z wodą dzień wcześniej, tak więc o ile w pierwszym kółku trochę ostrożnie i omijałem to już w drugim okrążeniu płynąłem przez największe kłęby wodorostów byle do przodu.

 

Formułą jazdy z draftingiem nie nacieszyłem się zbyt wiele bo przy 101 zawodnikach rozpostartych na całej trasie, jechało się więcej samotnie niż z kimś i znalezienie kogoś w satysfakcjonującej prędkości do jazdy na kole było trudne. W drugiej połowie wyścigu udało mi się stworzyć team z numerem 75 (Marcin z Walendowa pozdrawiam :) i dojechaliśmy do mety siedząc sobie na kole na zmianę.

 

 

Pogoda była ciężka 33 stopnie przez cały wyścig i wiatr, który utrudniał jazdę. Policjant przy zakręcie się zagadał, więc ja i jeszcze jeden as pojechaliśmy prosto. Musiałem zawracać. Teren pofałdowany z kilkoma podjazdami. Duszno i ciężko. Ale oczywiście zapomniałem już, że miało być rekreacyjnie i na luzie. Wyścig to wyścig i emocje wzięły górę. Męczyłem się cały czas od wyjścia z wody. Tętno wysoko, prędkość słaba, ręka bolała cały czas, więc starałem się jechać głównie na prawej odciążając lewą. Celowo nie dopompowałem kół, żeby mieć mniejsze przeniesienie drgań na nadgarstek. Mniejsza prędkość, większe opory ale ryzyko pęknięcia mniejsze a co okrążenie widziałem kogoś kto wracał prowadząc rower przy odcinku o najsłabszej nawierzchni.

 

Bieg był również męczarnią. Upał, no i przeciążyłem za bardzo na rowerze. Trochę podłamany. Przecież to nie jest mega dystans. Ewidentnie to nie był mój dzień. Brałem po dwa kubki z wodą na raz - jeden do picia, drugi na łeb. Bieg w głowie dzieliłem na odcinki - dotrwać do kubów - do kurtyny wodnej - znowu do kubków i tak cały czas.

 

Ukończyłem, ale z jakimś poczuciem niezadowolenia, niespełnienia. Wszystko poszło poniżej możliwości. Niby praktycznie połowa stawki i jeszcze niedawno samo ukończenie olimpijki wydawało mi się kosmosem ale apetyt wzrósł wraz ze wzrostem możliwości i to nie był szczyt moich możliwości. Wyżaliłem się Maćkowi po starcie na co odpowiedział: „Taki jest sport… dlatego go kochamy” :) I to jest piękna piękna puenta dla tego tekstu.

 

 

Jeszcze kilka moich odczuć i wniosków:

- zapoznanie się z wodą dzień wcześniej i pół godziny przed startem, szczególnie, że warunki były nietypowe dało mi duży komfort psychiczny na etapie pływackim.

- siłowanie się z tętnem już na etapie kolarskim, poskutkowało ociężałością w biegu.

- Trzeba umieć zaakceptować, że coś „nie idzie” i utrzymać tętno pod kontrolą (a może i zrezygnować ze startu, kiedy wszystko na to wskazuje ;)

-jeżeli nawierzchnia jest kiepska, a nie walczy się o „wszystko albo nic” to warto odpuścić trochę z ciśnienia opon. Widok kolarzy prowadzących rower do mety jest przykry.

- rękawiczki rowerowe na triathlonie. Ogromna strata czasu a korzyść niewielka.

- kilka dni przed startem spokojnie rozplanować czynności w do wykonania w trakcie: zmiany, odżywianie, picie, suplementacje etc. Im lepiej rozplanowane, co, kiedy w jakiej ilości, tym łatwiej się skoncentrować na tym podczas wyścigu i dopilnować wszystkiego. Koncentrując się na zadaniach również mniej skupiamy się na zmęczeniu. (Ja tym razem nie przygotowałem nic i to też zaważyło na słabym wyniku).

 

Do startu w Rawie będę pewnie wracał. Określiłbym atmosferę startu jako swojską i sympatyczną. Wszystko na miejscu, na spokojnie, wszędzie blisko, bez kolejek do ToiToia :), bez dzikich tłumów, w powietrzu nie czuć stresu, za to społeczne zaangażowanie organizatorów - pasjonatów triathlonu i to dzięki nim tak właśnie jest. No i dzień po starcie ogólnodostępne na FB świetne zdjęcia RAWa AlternaTive ShoT, którym dziękuję za prawo do publikacji zdjęcia tytułowego tego tekstu, przedstawiającego zupełnie przypadkowego uczestnika zawodów ;)

 

RPJ

 

 

Taki jest sport… Rawa 2019

30 lipca 2019