Co Ty Na To?

czas na działanie

Rozpoczęliśmy kolejny etap przygotowań do …, no dobrze czas zdradzić nasz cel, którym jest start w zawodach tzw. pełnego Iron Man. Miejsce wybrane czas startu również, mamy także bazę noclegową więc klamka zapadła i bierzemy się do ciężkiej pracy. Przed nami zawody dla prawdziwych twardzieli, cztery kilometry pływania, sto osiemdziesiąt pedałowania i pełny maraton. Wyzwanie naprawdę duże, więc należy podejść do tego w pełni profesjonalnie i pracować nad ciałem, duchem oraz umysłem. Z uwagi na fakt, że zawody odbędą się w gorącym klimacie to wybraliśmy do trenowania miejsce gdzie panują podobne warunki klimatyczne. Oczywiście wokół jest mnóstwo wody, to przecież wyspa i to jaka – Majorka bo o niej mowa, to miejsce bardzo popularne wśród triathlonistów. Piękne trasy rowerowe z potężnymi wzniesieniami powodującymi duże zróżnicowanie terenu. Wspaniałe trasy biegowe wiodące wzdłuż piaszczystych plaż wydobywających się z turkusowego morza, które w tym miejscu jest krystalicznie czyste i wydaje się opierać wszechobecnemu i globalnemu zanieczyszczeniu wód morskich i oceanicznych przez plastykowe odpady produkowane przez największego szkodnika planety czyli człowieka. Wróćmy jednak do tematu. Po wylądowaniu w Palma de Mallorca poczuliśmy podmuch gorącego powietrza pomimo późnej godziny. Już wtedy wiedzieliśmy, że treningi będą trudne i wyczerpujące. Szybko jednak odgoniliśmy czarne myśli i wątpliwości i udaliśmy się do naszej bazy noclegowej znajdującej się w miejscowości Alcudia położonej na północy wyspy. Pierwsza noc była krótka. Jak to bywa w południowych klimatach dość późno poszliśmy spać. Ranek jednak nie był typowo Hiszpański. Wstaliśmy wcześnie rano i po lekkim śródziemnomorskim śniadaniu rozpoczęliśmy trening biegowy, który okazał się ciężkim wyzwaniem. Po mimo wczesnej godziny upał był nieznośny. Marcin biegnąc po płaskim terenie nie mógł opanować tętna, które już po sześciu kilometrach skakało powyżej stu pięćdziesięciu uderzeń na minutę. Szybko następowało także odwodnienie organizmu i trzeba było dość często uzupełniać płyny. W czasie tego treningu poznaliśmy jednak moc głowy, która jest chyba najważniejsza w biegach długodystansowych. Podczas pokonywania dystansu wokół lokalnego zbiornika wodnego, gdzie wyznaczyliśmy półtorej kilometrową pętlę spostrzegliśmy innego biegacza, który także trenował jak się później okazało do zawodów Iron Man. Obecność konkurencji podniosła wydajność Marcina i niczym kierowca współczesnego samochodu zmienił ustawienia i przeszedł z opcji komfort do opcji sport. Biegacze poruszali się w różnych kierunkach , jednak na kolejnych rundach mijali się w miejscach, które świadczyły, że zwiększają tempo biegu. Po szóstym okrążeniu przybili sobie piątki i zakończyli zmagania. Marcin przebiegł dwanaście kilometrów i wyglądał jak po swoim pierwszym maratonie. Po tym wysiłku należał się odpoczynek na leżaku i schłodzenie w morskiej wodzie. Jako, że to był pierwszy, wdrożeniowy dzień zdecydowaliśmy się go spędzić relaksując się na plaży a wieczorem jedząc paelle w miejscowej restauracji.  W drugim dniu zmieniliśmy przełożenie i rozpoczęliśmy bardziej intensywny trening. Rankiem równie upalnym jak pierwszego dnia ruszyliśmy na szlak biegu górskiego. Trasa bardzo wymagająca, wijąca się nad zatoką niczym wąż gotowy do ataku. Typowy bieg trailowy . Podbieg liczył dziesięć kilometrów i zawierał elementy rodem z trekkingowej eskapady. Ze szczytu wzgórza rozpościerał się przepiękny widok na majorkańskie  lazurowe zatoki i złociste plaże. Ten widok wyraźnie zrekompensował Marcinowi wysiłek a na jego twarzy pojawił się uśmiech i wyraźne oznaki zadowolenia. Teraz już tylko zbieganie w delikatnym tempie i zasłużony odpoczynek. To jednak nie koniec dnia treningowego, czeka nas jeszcze pływanie. Wieczorem morze było spokojne i panowała flauta. Optymalna temperatura wody w zatoce spowodowała, że pokonywanie kolejnych odcinków pływackiej trasy było raczej przyjemnością niż obowiązkiem treningowym. Wieczorem pomiędzy bojkami pojawiło się wielu triathlonistów, także po raz kolejny mieliśmy do czynienia z elementem rywalizacji. Marcin spokojnie przepłynął dwa kilometry, a jego tętno świadczyło o fakcie, iż zachował spory zapas mocy. Po takim dniu przyszedł czas na piwo w kultowym barze Gary Linekera, gdzie podają chyba najlepszego guinnessa na wyspie.

 

W dniu trzecim przyszedł czas na mocniejsze trenowanie, w którym tym razem aktywnie uczestniczyła cała ekipa Sarna Team. Na trasę biegową wyruszyliśmy o ósmej rano i udaliśmy się w kierunku pięknej miejscowości Pollenca. Marcin biegł swoim tempem a własnym znacznie wolniejszym cała reszta. Umówiliśmy się na spotkanie w połowie trasy celem uzupełnienia zapasów płynów. W tym klimacie to bardzo ważny element treningu, gdyż odwodnienie przychodzi naprawdę szybko. W rezultacie Marcin pokonał dystans dwudziestu pięciu kilometrów a reszta teamu piętnaście, co było także nie lada wyzwaniem w tej spiekocie. Biegnąc po wąskich i malowniczych uliczkach Alcudii i Pollency mijaliśmy wielu biegaczy, kolarzy i triathlonistów. Będąc na wyspie odnosi się wrażenie, że co drugi człowiek przygotowuje się do startów w zawodach triathlonowych i odbywa tu swój trening. My świetnie czuliśmy się w tym towarzystwie a obecność innych trenujących wpływała na nas motywująco. Po rannym biegu przyszedł czas na lekkie śniadanie i obowiązkową filiżankę kawy. Godziny południowe przeznaczyliśmy na regenerację przed wieczornym treningiem pływackim, do którego przystąpiliśmy  około godziny osiemnastej. Na trasę pływacką znowu udaliśmy się całym zespołem. Marcin w tym dniu miał potężne zapasy mocy i w naprawdę szybkim tempie pokonał trzy i pół kilometra. No cóż my płynęliśmy zdecydowanie wolniej innym krótszym torem, jednak kilometr w morskiej wodzie pokonaliśmy. Próbowałem wziąć przykład z Ryśka i zastosować turbo żabę… Niestety będę musiał jeszcze włożyć dużo wysiłku i pracy by dogonić mistrza tego stylu. Po wieczornym treningu przyszedł czas na solidny posiłek. Całym teamem udaliśmy się do Pedra – najlepszego kucharza na wyspie i naszego przyjaciela, który przygotował dla nas mega steki, które były przepyszne a półkrwiste mięso po prostu rozpływało się w ustach. Po takim posiłku następny trening będzie musiał być naprawdę solidny.

W kolejnym dniu przyszedł czas na mocne pedałowanie. Rower wypożyczyliśmy w jednej z lokalnych wypożyczalni jakich jest wiele na wyspie. Ceny wypożyczenia karbonowej czasówki nie przyprawiają o zawrót głowy. My wynegocjowaliśmy cenę 25 euro za dobę. Jeśli ktoś byłby chętny to służymy namiarem. Rower już jest więc czas wytyczyć trasę. Podjęliśmy decyzję – zdobywamy Formentor. Jest to przylądek na wyspie stanowiący końcowy fragment półwyspu o długości dwudziestu kilometrów, będąc jednocześnie końcową częścią gór Serra de Traumontana. Zdobycie wierzchołka jest nie lada wyczynem. Strome podjazdy, serpentyny wijące się wokół zbocza i długie proste o potężnym nachyleniu powodują trudności w zdobyciu szczytu skuterem czy samochodem, a co dopiero na rowerze i to przy niemal czterdziesto stopniowym upale. Na trasie  spotkaliśmy jednak wielu śmiałków, widać było, że to prawdziwi ludzie z żelaza. Dla mnie zdobywanie wierzchołka Formentor było przyjemnością ponieważ korzystałem z dziesięcio konnej Vespy, która ospale wciągała mnie na górę. Marcin pedałował z wielkim wysiłkiem i często wstawał z siodełka. W takich momentach wiadomym było, że uda pękają z nadmiaru kwasu mlekowego. Podjazd był naprawdę długi a tętno skakało do stu sześćdziesięciu uderzeń na minutę. Po dwudziestu pięciu kilometrach wspinaczki wreszcie upragniony cel. Marcin naprawdę zmęczony ale szczęśliwy postawił rower i ruszył na basztę widokową, z której widoczne były nie tylko zatoki Majorki ale, także druga wyspa archipelagu Balearów czyli Minorka. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną gdzie dopiero zaczęła się zabawa. Zjazd był naprawdę szybki, aż strach pomyśleć co by się stało w razie wywrotki. Zjeżdżając z góry pomyślałem dobrze, że wybraliśmy rower z hamulcami tarczowymi. Po zjeździe już przyjemna płaska trasa do Alcudii. W sumie przejechaliśmy sześćdziesiąt kilometrów. W tym dniu nie biegaliśmy jednak trening w wodzie się odbył. Marcin przepłynął trzy kilometry w morskiej zatoce. Następnie udaliśmy się uzupełnić płyny – jak zwykle u Linekera tak więc dalej na sportowo.

W następnym dniu przyszedł czas na trening zakładkowy, tak więc z samego rana chlup do wody i pływanie wzdłuż zatoki w Alcudii. Po przepłynięciu trzech kilometrów szybka zmiana i Marcin wskoczył na rower i czekało go mocne pedałowanie w kierunku Sa Calobre. Dla miłośników kolarstwa nazwa ta kojarzy się z morderczymi podjazdami i naprawdę ekstremalnym wysiłkiem. My zdecydowaliśmy się na dojazd do Caimari i powrót do Alcudii , co dawało dystans pięćdziesięciu dwóch kilometrów ze sporą ilością wzniesień i podjazdów. Dojazd do Sa Calobre odpuściliśmy, to jest wyzwanie dla naprawdę profesjonalnych kolaży i to raczej jesienią i wiosną, w tym upale woleliśmy  nie ryzykować. Cała trasa to około pięć godzin morderczego wysiłku z podjazdami ze średnim nachyleniem siedmiu procent i przewyższeniami około siedemset metrów na podjazdach. Trasa przepięknie wije się i jest wcięta w skalną ścianę. Droga obfituje w przepiękne widoki. Całość tej trasy z pewnością kiedyś przepedałujemy jednak nie w środku lata – jest naprawdę zbyt gorąco. Powrót z Caimari do Alcudii był z górki więc spokojnie dotarliśmy do mety. W kolejnym treningu połączymy rower z bieganiem a jutro zrobimy dzień przerwy – zasłużona regeneracja niezbędna dla ciała i ducha.

Po dniu zwiedzania malowniczych zakątków wyspy powróciliśmy do mocnego kręcenia korbowodem naszego wypożyczonego super bike-a napędzonego paliwem ludzkich mięśni. Rankiem Marcin wskoczył na rower i pokonał siedemdziesięcio kilometrowy dystans wzdłuż złocistych plaż i morskich zatok wciskających się w ląd niczym stringi w ciało modelki. Jazda była naprawdę szybka, średnie tempo 34km/h. Tak zakładaliśmy i tak było. Po przejechaniu wyznaczonej pętli przyszedł czas na zakładkę. Marcin szybko zamienił rower na strój biegowy a buty rowerowe na biegowe. Tempo mocne trasa górzysta, jednak kolejne kilometry mijają bardzo szybko. Ja jadę sobie komfortowo na rowerze jednocześnie podając Marcinowi izotoniki i żele. W tym dniu Marcin pokonał siedemdziesiąt kilometrów w siodle i piętnaście na trasie biegowej. Jutro wymyśliliśmy połączenie wszystkiego i odbycie treningu zakładkowego w komplecie. Z pewnością będą to krótsze dystanse a my będziemy pracować nad techniką zakładek oraz zmianą odzienia. Musimy to robić zgrabnie i szybko, tak jak gwiazdy wybiegu pomiędzy kolejnymi wyjściami na catwalk. Wieczorem postanowiliśmy trochę poluzować i pozwoliliśmy sobie na lampkę hiszpańskiego wytrawnego białego wina w towarzystwie owoców morza. Tak się spędza wieczory na wyspach morza śródziemnego. Ludzie tutaj nigdzie nie biegną, no chyba że  trenują. Czas biegnie leniwie i króluje Pura Vida – termin ten najczęściej możemy usłyszeć na Kostaryce i oznacza on proste, zwykłe życie. Te dwa słowa zawierają filozoficzne podejście do życia. Ważne jest to co tu i teraz, że jesteśmy razem i cieszymy się chwilą a nie kłopoczemy rzeczami na które nie mamy wpływu. Nie martwmy się tym, że czegoś nie zrobiliśmy przecież jutro też jest dzień. Jakże nam Polakom tego brakuje. Przyznać jednak muszę, że jeśli chodzi o triathlon to nie możemy tego podejścia zastosować, tak więc połączyliśmy dwa wydawałoby się nie łączące się podejścia – niemiecki ordnung i latynoską Pura Vida i jesteśmy szczęśliwi.W przedostatnim dniu treningowym na Majorce czas zmierzyć się z całością triathlonowego rzemiosła. Zaczynamy w wodzie. Godzina siódma rano, tak więc zatoka opustoszała- tylko my i lazurowe morze. Tafla wody ospale kołysze się a pojedyncze fale rozbijają się o piaszczyste brzegi tak jakby właśnie budziły się ze snu. Przed Marcinem dystans jednego kilometra. Do wody wbiega jak na zawodach szybko i dynamicznie a przy tym z gracją niczym Mitch Buchannon w słonecznym patrolu. Po około pięćdziesięciu metrach przechodzi do kraula i płynie wzdłuż zatoki. Po pięciuset metrach zawraca na bojce i kieruje się do miejsca startu gdzie czeka na niego rower oraz niezbędne elementy garderoby. Marcin zgrabnie wskakuje w buty, nakłada kask i wyjeżdża na trasę rowerową wiodącą do miejscowości Pollenca, następnie do portu i powrót do Alcudii. Trasa niezbyt długa , gdyż to tylko dwadzieścia kilometrów , jednak w tym dniu nie chodzi o długi dystans a technikę i dopracowanie szczegółów. Po przejechaniu malowniczej trasy przyszedł czas na bieganie – tym razem w drugą stronę wybrzeża do miejscowości Can Picafort. Trasa niezwykle atrakcyjna i popularna wśród trenujących na wyspie biegaczy. Marcin biegnie dziesięć kilometrów w dobrym tempie. Na mecie zachowuje duży zapas mocy i nie widać po nim większego zmęczenia. Zmiany poszły gładko, system nawadniania organizmu także dopracowaliśmy. Po zakończonym treningu czas na zasłużony leżak i podziwianie piękna wyspy z innej perspektywy. W systemie treningowym bardzo istotny jest odpoczynek i odpowiednie ładowanie akumulatorów. Ważne, aby nie eksploatować organizmu i budować formę rozsądnie, krok po kroku i z głową. Ostatni dzień treningowy to bieganie. Tym razem dystans dwudziestu pięciu kilometrów. Trasa wyznaczona pomiędzy typowymi majorkańskimi wioskami. Marcin biegnie mocno a ja spokojnie za nim pedałuje. Po piętnastu kilometrach zmieniamy azymut i kierujemy się wzdłuż wybrzeża. Bieg zaczyna być trudniejszy z uwagi na silny wiatr wiejący w twarz. Musimy włożyć więcej siły, aby pokonywać kolejne metry. We znaki daje się cały obóz treningowy. Tętno wzrasta osiągając sto sześćdziesiąt cztery uderzenia na minutę. Tempo biegu jednak nie spada – jest bardzo szybko. Meta wyznaczona w Alcudii. Ja przyspieszam, wyprzedzam Marcina (oczywiście jadąc na rowerze) i udaje się do nadmorskiej kafejki gdzie zamawiam pyszną kawę i obowiązkowe ciastko owocowe. Po kilku minutach dobiega Marcin. Jeszcze szybki prysznic i możemy rozkoszować się smakiem porannej kawy oraz cieszyć widokami pustej jeszcze plaży. Wieczorem czas na szampana. Korek wystrzelił niczym pocisk z armaty i mogliśmy uczcić koniec majorkańskiej przygody. Czas pożegnać się z wyspą i przejść do kolejnych etapów przygotowań do Iron Man 2020. Z pewnością wrócimy jeszcze w to magiczne miejsce, które urzekło nas swoim klimatem oraz otwartością i życzliwością mieszkańców. Po raz kolejny zrozumieliśmy, że śródziemnomorski styl to jest to co nam niezmiernie odpowiada – tak więc Pura Vida…

P.S.

Upalne trenowanie czyli Sarna Team na Majorce

19 sierpnia 2019